Radosław Hancewicz, 11.05.2026 r.
- System opisywania i wartościowania stanowisk w służbie cywilnej, z którego korzystają także instytucje spoza SC jest z nami obecny już prawie od 20 lat.
- Przez ten czas zainteresowanie tym systemem raz rosło, raz malało. Dziś ze względu na Dyrektywę Unii Europejskiej w sprawie równości płac, system przeżywa renesans zainteresowania.
- Nawet instytucje które przez lata nie chciały, nie umiały lub nie miały warunków żeby go poprawnie wdrożyć teraz starają się nadrobić stracony czas.
- Zastanówmy się czy to nadal ma sens korzystanie z dotychczasowego systemu czy może lepiej pokusić się o poszukiwanie nowych rozwiązań?
Zacząć należy od jasnej odpowiedzi na pytanie, po co w ogóle mamy wartościować stanowiska pracy? Mam bowiem wrażenie, że dla wielu ludzi w administracji publicznej nadal nie jest to jasne. Założeniem systemu było opisanie według jednego wzorca stanowisk pracy, następnie ich zwartościowanie, czyli pozamykanie w grupy zaszeregowania i docelowo wprowadzenie nowej logiki w myśleniu o systemie wynagrodzeń zasadniczych w celu zbudowania podwalin pod ewolucyjne reformowanie tego systemu. Nowa logika miała polegać na płaceniu większych pieniędzy za wykonywanie zadań bardziej złożonych, wymagających wyższych kompetencji i związanych z ponoszeniem większej odpowiedzialności, a mniejszych – za zadania prostsze, mniej odpowiedzialne, na stanowiskach łatwiej zastępowalnych. To wszystko, miało także doprowadzić do zmian na rzecz wyrównania wynagrodzeń na podobnych stanowiskach, i ich zróżnicowania z uwzględnieniem wyżej wymienionych czynników.
W momencie kiedy system się pojawił, ale również dzisiaj, w wielu instytucjach wysokość wynagrodzeń zasadniczych części pracowników nadal nie zależy od tego, czym się zajmują i jak złożone wykonują zadania (jak nakazywałaby fundamentalna logika), ale od tego, ile lat w tej instytucji pracują, ile przez ten czas objęło ich podwyżek, a często przede wszystkim od tego, na ile obrotnego mają bezpośredniego przełożonego i jaka jest jego aktywność w walce o podwyżki dla swoich podwładnych. Taki system jest jednym z ważniejszych czynników wpływających demotywująco na pracowników, którzy nie widzą sensu w dawaniu z siebie więcej, ponieważ – jak mówią – „swoje trzeba odpracować, żeby dojść do jakichś godnych zarobków, bo z całą pewnością nie zależą one od tego jak trudne zadania realizuję”.
System wynagrodzeń, który nie uwzględnia złożoności pracy, wymagań i ponoszonej odpowiedzialności, a jedynie liczbę przepracowanych lat, to system który wypycha najlepszych pracowników z urzędów, co jest bolesne szczególnie dzisiaj, kiedy sytuacja na rynku pracy jest trudna z punktu widzenia administracji publicznej. Pół biedy jeżeli przemieszczają się oni do innych instytucji publicznych, bo globalnie administracja na tym nie traci (traci konkretny urząd i jego szef), ale gorzej, że pracownicy wypychani przez ten czynnik są zazwyczaj najbardziej atrakcyjni dla sektora komercyjnego. Sam znam kilka osób, które odeszły z pracy w swoich urzędach nie z powodu wysokości zarobków, ale z powodu poczucia rażącego braku obiektywizmu systemu wynagrodzeń. Godzili się na zarobki jakie są w administracji, bo byli świadomi co dostają w zamian (większą stabilizację, przewidywalność, możliwość łączenia życia zawodowego z rodzinnym itd.), ale nie mogli już patrzeć jak ich wynagrodzenie jest np. o 40 proc. mniejsze wynagrodzenia kolegi zajmującego się od dawna zadaniami, które wymagają od niego o połowę mniej wysiłku i wiążą się z nieporównanie mniejszą odpowiedzialnością.
Do zmiany tych niekorzystnych zjawisk miał w swoim założeniu służyć właśnie system wartościowania, który przy okazji miał być narzędziem realizacji wymogów zawartych w art. 78 § 1 kodeksu pracy, mówiącym o tym, że „wynagrodzenie za pracę powinno być tak ustalone, aby odpowiadało w szczególności rodzajowi wykonywanej pracy i kwalifikacjom wymaganym przy jej wykonywaniu (…)”, czyli żeby pracownicy wykonujący jednakową pracę lub pracę o jednakowej wartości otrzymywali porównywalne wynagrodzenie. Ze smutkiem trzeba jednak stwierdzić, że w bardzo wielu urzędach wdrożenie systemu opisów i wartościowania nie przyniosło zakładanych rezultatów.
Dziś pojawia się nam jeszcze Dyrektywa Unii Europejskiej w sprawie równości płac, której wdrożenie także w dużej mierze ma się opierać na wartościowaniu stanowisk. Czy tym razem będzie inaczej i się uda? To dobry moment żeby zadać sobie pytanie dlaczego w tak wielu instytucjach nie udało się to za pierwszym razem?
Dlaczego w tak wielu urzędach się nie udało?
Zacznę od tego, że w mojej opinii nie jest tak jak uważa wiele osób zniechęconych do systemu, że to opracowany dla polskiej służby cywilnej system opisów i wartościowania był źle przygotowany i nie był przystosowany do polskiej administracji publicznej. Jest wręcz przeciwnie. To bardzo dobre narzędzie, a główny problem polegał na braku umiejętności, braku chęci, motywacji lub po prostu odwagi kierowniczej do jego poprawnego wdrożenia i stosowania. System opisów i wartościowania to bowiem narzędzie, które jest przekazywane w ręce dyrektora generalnego instytucji. To co tenże z tym narzędziem zrobi, tak naprawdę zależy głównie od niego. To tak jak z młotkiem, którym można wbić gwóźdź w ścianę, a można też roztrzaskać sobie palec. I w wielu urzędach ten palec sobie roztrzaskano, podczas gdy przy odrobinie uwagi i skupienia można było zrobić bardzo dobrą, choć nie ukrywajmy, trudną rzeczy – zacząć porządkować system wynagrodzeń. Ale po kolei.
Podstawowym zadaniem systemu wartościowania jest stworzenie wewnętrznej, urzędowej hierarchii stanowisk od najbardziej złożonych i odpowiedzialnych po najprostsze, działające pod pełnym nadzorem. Wynikiem całej pracy ma być więc lista, gdzie jakieś stanowiska będą wyżej, a inne niżej. To z całą pewnością wywołuje w każdej organizacji duże emocje. Są one szczególnie silne w tych organizacjach, gdzie przez lata wszystkie stanowiska były traktowane bardzo podobnie, a zajmujący je pracownicy uważali się za równych sobie. Strach przed reakcją pracowników w wielu instytucjach doprowadził do maksymalnego spłaszczenia hierarchii, i to jeszcze w taki sposób, żeby wszyscy dostali jak najwięcej punktów. Opisywano i wartościowano tak, „żeby nikomu nie zrobić krzywdy”. Takie założenie już na starcie powoduje, że system staje się nieprzydatny. Do tego na początku dochodziły jeszcze problemy z przyznawaniem jak największej liczby punktów, żeby globalnie wszystkie stanowiska w instytucji miały jak najwyższą średnią, bo dzięki temu „lepiej wypadniemy, kiedy ktoś zacznie porównywać urzędy i na tej podstawie przyznawać dodatkowe środki” oraz problemy porównywania się z innymi, podobnymi urzędami. W niektórych urzędach z takiego myślenia nie zrezygnowano, mimo iż jako trenerzy wewnętrzni służby cywilnej szkolący z tych zagadnień w momencie ich wprowadzania, od samego początku przekonywaliśmy, że system wartościowania jest wewnętrznym narzędziem szefa każdego urzędu i będzie wykorzystywany jedynie do budowy wewnętrznej hierarchii każdego urzędu z osobna. Wielu, na wszelki wypadek, nam nie uwierzyło.
Drugi podobny problem to tworzenie opisów stanowisk pracy i późniejsze ich wartościowanie przez pryzmat osób, które są na nich dziś zatrudnione, a nie przez pryzmat faktycznej złożoności stanowiska. W wielu instytucjach tworzono opisy w taki sposób, że najpierw patrzono na osobę, która była na opisywanym stanowisku zatrudniona. Jeżeli osoba pracująca na opisywanym stanowisku pracy miała nadane stanowisko służbowe, np. głównego specjalisty, to opis tworzony był w taki sposób, żeby zadania i wymogi były „godne” głównego specjalisty. I nie ważne, że zatrudniona tam osoba nie wykonywała ich na co dzień albo w ogóle, bo takich zadań tam nie było. Z kolei inna osoba, która była referentem, z automatu miała przypisywane zadania prostsze, mimo iż na co dzień robiła zadania bardzo złożone, a referentem była głównie dlatego, że została zatrudniona niedawno, a urząd miał zasadę przyznawania na starcie najniższego stanowiska służbowego. Nie ma w tym logiki, ale nie ma też realizacji podstawowej zasady opisywania i wartościowania stanowisk pracy, tzn. bezosobowości tego procesu.
Opisywany problem miał mniejsze znaczenie, jeśli stanowiska służbowe poszczególnych pracowników chociaż mniej więcej odpowiadały złożoności wykonywanych zadań. Z taką sytuacją stykam się niestety niezmiernie rzadko, a zasadą jest raczej, że stanowiska służbowe nadawane zgodnie z rozporządzeniem nijak się mają do faktycznie wykonywanych zadań, bo znowu w wielu przypadkach zależą bardziej od stażu pracy. Jeśli więc ktoś chciał w oparciu o te nazwy budować hierarchię, to obawiam się, że także nic mu z tego logicznego nie wyszło. Zresztą za słuszny uznaję niegdysiejszy pomysł KPRM polegający na oderwaniu stanowisk służbowych od osób, a powiązanie ich z zadaniami. W praktyce wyglądałoby to tak, że wykonując zadania na stanowisku nr 1, gdzie przypisane są zadania skomplikowane, pracownik ma stanowisko np. głównego specjalisty, ale jeśli przestaje się sprawdzać i jest przeniesiony na stanowisko nr 2, gdzie zadania są prostsze, to zostaje np. inspektorem itd. Pomysł ten nie wszedł w życie, a z całą pewnością pozwoliłby uporządkować chaos panujący obecnie w tym zakresie. Nieraz słyszałem bowiem zdanie w stylu: „Proszę Pana, ja muszę wszystkich opisać jednakowo, żeby zostali tak samo zwartościowani, bo przecież wszyscy są głównymi specjalistami i do tego jeszcze każdy ma bogate doświadczenie, ponieważ pracuje u nas już 25 lat”. Ten sposób myślenia to jedna z poważniejszych przyczyn niepowodzeń wartościowania jako systemu, bo wielu opisywało stanowiska tak, żeby po wartościowaniu nic się nie zmieniło.
Nie można sporządzić poprawnie wartościowania bez uczciwego opisania i przyporządkowania do poszczególnych stanowisk zadań, które są na nich wykonywane faktycznie, a nie hipotetycznie. To z kolei musi doprowadzić do zróżnicowania wartości stanowisk i powstania hierarchii stanowisk, która zburzy dotychczasowe dobre samopoczucie wielu osób, ale taka jest jej rola! Dlatego też w wielu instytucjach wyniki wartościowania zamknięto w szafie, bo herezje jakie w nich wyszły były nie do obronienia. Niechaj za przykład służy jeden z urzędów który mam w pamięci, gdzie stanowisko sekretarki zostało opisane i zwartościowane prawie na równi ze stanowiskiem radcy prawnego.
Strach i brak odwagi kierowniczej
Poprawnie sporządzona w wyniku wartościowania hierarchia stanowisk jest potrzebna co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, ma ona posłużyć do porównania, czy za najtrudniejsze zadania płacimy najwięcej, a za prostsze odpowiednio mniej, czy może są tu anomalia opisane przeze mnie wyżej. Dokonuje się tego, tworząc taryfikator dostosowany do realiów urzędu, w którym do poszczególnych grup zaszeregowania przyporządkowane zostają stanowiska z poszczególnych przedziałów punktowych. Cały czas pamiętajmy, że wszelkich operacji dokonujemy jedynie na wynagrodzeniu zasadniczym, ponieważ uwzględnianie w porównywaniu wynagrodzeń dodatku za wysługę lat czy innych dodatków jest wbrew zasadom i logice. Mówiąc krótko, najważniejsze zadanie systemu wartościowania to dać kierownictwu wiedzę dotyczącą tego, kto dziś w stosunku do wykonywanych przez siebie zadań zarabia rażąco za dużo, a kto rażąco za mało!
Wiedza o anomaliach powinna pchnąć kierownictwo urzędu do działań zmierzających do zmniejszania lub usuwania tych anomalii. Oczywiście usuwanie anomalii płacowych nie jest proste, bo rzadko miewamy dodatkowe wolne środki. A jeśli nic nie mamy do podziału, a chcemy zmieniać system na bardziej poprawny i obiektywny, to żeby komuś dać, komuś innemu trzeba zabrać. Brzmi nieprawdopodobnie? Tak, do momentu kiedy uświadomimy sobie, że wypowiedzenie zmieniające jest narzędziem, które możemy wykorzystywać, a poprawnie sporządzony system opisów i wartościowania jest ważnym argumentem w sytuacji, kiedy przed sądem pracy trzeba wyjaśnić powody swojej decyzji. Ale to wersja „twardsza”, dla odważniejszych. Dla mniej odważnych jest wersja „miękka”, ale też poprawna – odpowiednie wykorzystywanie środków jeśli się już pojawią, co się czasami zdarza, a często i tak jest zaprzepaszczane. W takich przypadkach anomalia są zmniejszane dłużej, ale działamy przynajmniej we właściwym kierunku.
Często słyszę, że określanie anomalii jest bez sensu, bo nie mamy pieniędzy, żeby szybko niwelować nieprawidłowości systemu wynagrodzeń. To samo stwierdzenie słyszę od prawie 20 lat. Gdyby przez te lata sporządzić i aktualizować opisy poprawnie, a na ich podstawie poprawnie wartościować stanowiska, to już od dawna można byłoby w oparciu o wyniki podejmować bardziej racjonalne decyzje finansowo-personalne. W każdej instytucji przez ten czas było chociaż kilka sytuacji, w których – w wyniku różnych zdarzeń (np. rotacji pracowników) – pojawiły się wolne środki w funduszu płac. Pytanie: czy wykorzystano je po to, żeby system wynagrodzeń stawał się coraz bardziej obiektywny, czy raczej utrwalano nimi dotychczasowe patologie. Niestety w wielu miejscach mieliśmy do czynienia z tą drugą sytuacją.
Pojawiające się środki (nie mówię o automatycznym podwyższaniu mnożnika, ale o sytuacjach kiedy dyrektor generalny decyduje o redystrybucji dodatkowych środków) część urzędów wykorzystuje zgodnie z przeznaczeniem. Ale tak mogą zrobić jedynie urzędy, które mają rzetelną analizę, której nie da się zrobić bez wcześniejszego poprawnego opisania i zwartościowania stanowisk. Pozostałe urzędy przyznając dodatkowe środki według innych, często mało obiektywnych kryteriów utrwala jedynie patologie płacowe występujące dotychczas. Tak jest najwygodniej, bo nikt nie wszczyna awantur. Niestety to, że niedoceniani pracownicy, którzy zarabiają niesprawiedliwie za mało, otrzymują kolejny sygnał, że ich racje nie są ważne, już wielu osobom umyka.
Usuwanie anomalii, jak łatwo sobie wyobrazić, nie jest zajęciem wdzięcznym, bo o ile zarabiający zbyt mało ucieszą się z takich działań, to zapewne osoby, które według analiz są przepłacane, zrobią wszystko, żeby zdyskredytować system wartościowania, swoich kierowników, którzy opisywali stanowiska, czy zespół wartościujący. Dlatego w wielu urzędach bano się prawidłowo wprowadzić ten system, bo to musiałoby skutkować trudnymi decyzjami i trudnymi rozmowami. Stąd pokusa bierności tłumaczona różnymi naciąganymi argumentami. Okolicznością, która ułatwia w wielu urzędach brak działań w tym zakresie, jest sytuacja, w której urzędy mają obowiązek dokonania opisów i wartościowania stanowisk pracy, ale jeśli chodzi o wykorzystywanie jego wyników do racjonalizowania systemu wynagrodzeń, to skończyło się jedynie na zaleceniach. W 2008 r. były już gotowe projekty kolejnych, uzupełniających system rozporządzeń, m.in. zmieniającego rozporządzenie, w którym określone są stanowiska służbowe i widełki wynagrodzeń, niemniej nie weszły one w życie mimo pozytywnych opinii części ekspertów. Problemem jest więc to, że poprawne wprowadzenie systemu opisów i wartościowania jest wysiłkiem, który nie przyniesie pełnego poparcia załogi, wymaga podejmowania i komunikowania trudnych decyzji, a do tego nie jest twardym obowiązkiem. Łatwiej więc system dyskredytować, pokazując jako nieprzydatny, stają tym samym po stronie tych pracowników, którzy dostają dziś niewspółmiernie więcej pieniędzy w stosunku do zadań, które wykonują i którzy chętnie powołują się na hasło „praw nabytych”.
Awanse, które nie są awansami
Poprawnie stworzona hierarchia i powiązanie z nią wysokości wynagrodzenia tworzy przejrzystą ścieżkę awansu zawodowego i finansowego, czyli coś, czego w wielu urzędach przez lata nie było, a czego wielu pracowników mocno pożąda. A nie było z powodów opisanych wyżej, ale także dlatego, że część pracowników dotychczasowy system popiera, bo na nim zyskuje. Jeżeli przez awans rozumiemy nie przejście do trudniejszych zadań za wyższe pieniądze, ale otrzymanie dokumentu, że już nie jesteśmy inspektorem, tylko starszym inspektorem, i wyższego uposażenia bez jakiejkolwiek zmiany zadań, to mamy sytuację, w której zdarzają się pracownicy z 20-letnim stażem pracy, wykonujący proste, techniczno-biurowe czynności, posiadający stanowisko głównego specjalisty, zarabiający więcej niż specjaliści, którzy w komórkach merytorycznych za swoje decyzje ponoszą ogromną odpowiedzialność. To kolejna patologia i brak logiki.
Nie odmawiam nikomu możliwości awansowania, ale nie można awansować, przez całe życie robiąc cały czas to samo. Sekretarka także może awansować, ale zmieniając stanowisko na bardziej złożone, na którym płacimy więcej, bo na rynku pracy jest mniej osób, które mogą tę pracę poprawnie wykonywać. Jedni mają łatwiejszą możliwość awansowania, jeśli w strukturze urzędu są stanowiska wyżej położone w hierarchii, z zadaniami o podobnej tematyce, tylko na bardziej złożonym poziomie. Inni niestety, żeby awansować, muszą przejść do nowych rodzajowo zadań, bo nie ma stanowisk o zadaniach podobnych, które miałyby bardziej skomplikowane odmiany.
Z tym, że nie chodzi tu jedynie o świadomość samych pracowników, ale także o działanie samej instytucji, która na wolne stanowisko w pierwszej kolejności powinna poszukiwać chętnych (którzy się nadają) na stanowiskach będących w hierarchii niżej od stanowiska obsadzanego. Natomiast w praktyce często się zdarza, że takie atrakcyjne stanowisko jest obsadzane w drodze naboru zewnętrznego. Taki nabór sam w sobie nie jest niczym złym pod dwoma warunkami: w strukturze nie ma nikogo, kto byłby tym stanowiskiem zainteresowany, a zatrudniony z zewnątrz pracownik jest merytorycznie lepszy od tych, którzy pracują na stanowiskach prostszych.
W innej sytuacji oddziałujemy silnie demotywująco, ponieważ pracownicy cały czas twierdzą, że w urzędzie nie ma możliwości awansowania i nie rozumieją (i słusznie) dlaczego nowy pracownik dostał na starcie wyższe stanowisko (często z lepszym wynagrodzeniem), a oni muszą go uczyć wykonywania zadań. System wartościowania przy prawidłowym wdrożeniu jest jednym z niewielu narzędzi, które mają instytucje publiczne, żeby rozwiązać odwieczny problem z brakiem możliwości awansowania pracowników.
W którą stronę teraz?
Na początku tego tekstu postawiłem pytanie czy nadal jest sens korzystanie z dotychczasowego systemu opisywania i wartościowania czy może lepiej pokusić się o poszukiwanie nowych rozwiązań?
W moim przekonaniu oczywiście można rozważyć nowe możliwości i ciekaw jestem propozycji zapowiadanych przez Szefową Służby Cywilnej, które mają ponoć niedługo ujrzeć światło dzienne. Niemniej osobiście uważam, że nie powinniśmy zbyt łatwo rezygnować z dotychczasowych rozwiązań. Dlaczego?
Po pierwsze, to dobre narzędzie, a przyczyną jego odrzucenia przez wiele osób jest niepoprawny sposób jego wprowadzenia oraz niepoprawne stosowanie (często zamierzone). Oczywiście i w instytucjach, gdzie działa prawidłowo, ma on grono przeciwników, ale w takiej sytuacji najbardziej zagorzałymi oponentami wartościowania są osoby, które w wyniku jego prawidłowego wdrożenia tracą swoją nieobiektywnie lepszą pozycję w systemie wynagrodzeń. Ale czyż właśnie nie po to ten system wprowadzono?
Po drugie, dopóki, w imię zachowania powierzchownego spokoju w urzędzie, szefom instytucji będzie brakować motywacji lub odwagi kierowniczej do dokonania opisanych przeze mnie wyżej niezbędnych zmian i dopóki nie pochylą się oni na poważnie nad powyższymi wskazówkami w tym zakresie, dopóty w ich instytucjach każdy system wartościowania będzie wdrażany tak, by nie trzeba było na jego podstawie dokonywać żadnych istotniejszych zmian płacowych. I czy będzie to stary czy jakiś nowy system, to bez zmiany świadomości albo bez większego przymusu, nic się w zakresie płac nie zmieni.
Po trzecie, na razie nie mamy lepszego systemu niż ten dotychczasowy, który już znamy, a co więcej mamy już w jego stosowaniu dość bogate doświadczenia. Wystarczy tylko chcieć z nich skorzystać. Co ciekawe, jest sporo instytucji spoza służby cywilnej, które sięgają po nasze opisy i wartościowanie. To samorządy, służby, a także instytucje komercyjne. One widzą, że to dobre rozwiązanie i starają się je jak najlepiej wykorzystać. Bo dotychczas nie ma lepszego wzorca.
Po czwarte, możemy oczywiście zastanawiać się nad skorzystaniem z którejś z sumarycznych metod wartościowania. Dla tych, którzy nie wiedzą dodam, że metody sumaryczne pozwalają bardzo szybko zwartościować stanowiska w instytucji co jest ich niewątpliwą zaletą. Mają jednak także niewątpliwą wadę. Są bardzo subiektywne, co sprawia, że wypracowane w ich ramach wyniki są często trudne do obrony i uzasadnienia. Oczywiście jest pokusa, żeby teraz na szybko, ze względu na krótki okres związany z wejściem w życie Dyrektywy, zastosować którąś z metod sumarycznych wartościowania, bo lepiej mieć cokolwiek niż nic. Ale na dłuższą metę wolałbym jednak żeby polska administracja publiczna korzystała z bardziej zobiektywizowanych narzędzi, od których mają potem zależeć systemy wynagrodzeń. Mam nadzieję, że Państwo także.